Bielsko-Biała: Żuk Tattooing z Friends Project 2 tygodnie ago

Tatuuję trzy lata, co oznacza, że jestem w fazie intensywnego rozwoju i tak naprawdę szukam siebie. Można zauważyć, że romansuję sobie ze stylem neotradycyjnym, tradycyjnym i czasem geometrycznymi motywami. Ja jestem człowiekiem bardzo ścisłym w tym względzie i lubię, gdy istnieją zasady, których wypadałoby się trzymać, to mi daje poczucie komfortu. Kocham kolor, bo kolor jest bardzo wymagający i zawsze jest wyzwaniem, ratuje mnie od jakiejkolwiek monotonii. Ale ja też jestem takim tatuatorem, który po prostu lubi tatuować, więc jeśli klient umrze ze szczęścia posiadając znak nieskończoności, to dla mnie też spoko.

Skąd pomysł, że zostaniesz tatuażystką?

Ten pomysł zrodził się, jako wypadkowa mojego zamiłowania do tatuażu i bycia zapaloną klientką najlepszych polskich tatuatorów. Zaczęłam się tatuować 10 lat temu i szybko tatuaż, jako forma sztuki, stał się dla mnie równie istotny jak powietrze, którym oddycham. Wszystkie zaoszczędzone pieniądze przeznaczałam na tatuaże, odwiedzałam najważniejsze polskie konwenty, z zamiłowaniem czytałam prasę branżową i intensywnie śledziłam, co się dzieje na scenie tatuażu zarówno w Polsce, jak i za granicą. Decyzja, aby zacząć tatuować to była rzecz, do której bardzo długo dojrzewałam, ponieważ podchodzę do tej pracy z olbrzymim szacunkiem – to był trudny i długi proces, specjalnie dla tatuażu zorganizowałam oszczędności, rzuciłam pracę, rozpoczęłam studia artystyczne, aby nieco otworzyć sobie głowę pod tym kątem, po czym je rzuciłam, aby móc się szybko i dynamicznie rozwijać. Cały proces przygotowawczy zajął mi trzy lata.

Jak długo dziarasz?

Od trzech lat.

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

To styl życia, to coś, co kocham najbardziej na świecie i co zmieniło bieg mojego losu. Uważam, że jest wiele składowych, które tworzą dobrego tatuatora, oprócz umiejętności rysunkowych i warsztatowych, dobre umiejętności interpersonalne, cierpliwość, zainteresowanie branżą w Polsce i na świecie, co przekłada się na tatuaże noszone na samym sobie, poczucie etyki zawodowej, chęć do nieustannego rozwoju i podróży, szeroko pojęta wiedza na temat bhp – to wszystko składa się na dość niespokojny i pełen przygód, miejsc i ludzi styl życia.

A lubisz guest spoty?

Oczywiście! Guest spoty to jest właściwie esencja mojego życia. Jeżdżę bardzo intensywnie po Polsce, a teraz zaczęłam wyściubiać nos za granicę i pierwsza połowa 2020 to będą właściwie same wyjazdy zagraniczne. Guest spoty dają świetną możliwość rozwoju, poszerzenia horyzontów i poznania świetnych ludzi.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Zależy, jak kto na to patrzy. To jest praca wymagająca psychicznie i fizycznie – psychicznie, ponieważ non stop pracujemy z ludźmi, zdrowie naszych klientów i ich samopoczucie jest w naszych rękach, to praca kreatywna na akord, ma bardzo dużo znamion pracy rzemieślniczej w tym względzie, dodatkowo trzeba się zgrywać z ekipą studia, to ludzie, z którymi spędza się mega dużo godzin w ciągu tygodnia. Fizycznie, gdyż to praca, która obciąża kręgosłup, bark, łokieć, nadgarstek i to daje popalić. Praca tatuatora to często praca 24 na dobę. W pracy tatuujesz, po pracy projektujesz, odpisujesz na wiadomości, zajmujesz się Social mediami, bo mamy XXI wiek i instagraś musi się zgadzać, często jesteś w podróży, daleko od rodziny. Ale jeśli tylko darzy się ten zawód uczuciem, wówczas nie postrzega się tego, jako wady, a po prostu, jako nieodłączny element bycia tatuatorem. Tak jak z facetem – rzuca te skarpety na podłogę, to czasem irytuje, ale kochasz go i tak.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłaś igłę w czyjąś skórę?

Chryste panie! Tak. Pierwszy tatuaż w rozmiarze mini wykonałam na sobie. Byłam tak narwana, że chciałam poćwiczyć wszystko – linia? Ok! Może trochę whipu, a dawaj! Wypełnienie? Jasne! To taka mała dziwna gałązka nad kostką, co dziwne siedzi to to i nie wybiło. No cóż, będę miała pamiątkę do końca życia. Nie było to jakieś orgazmiczne uczucie. Po prostu chciałam bardzo już wystartować, w końcu czaiłam się z tym dosyć długo – i tak, początki były trudne i wyboiste.

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Ja od początku zainwestowałam w dobry sprzęt. Specjalnie po to zgromadziłam oszczędności, aby moc zacząć jak należy. Dla mnie tatuowanie to nie była zabawa, poważna rzecz, więc na poważnie się do tego zabrałam. Marki tattoome i spaulding rogers.

Cewka czy rotarka?

Obecnie są to maszyny rotacyjne, głównie, dlatego, że lubię, jakie dają możliwości pod kątem tempa pracy oraz bardzo lubię, jak skonstruowane i zlutowane są moduły w porównaniu do klasycznych igieł. Ja myślę, że tak naprawdę nie ma do końca znaczenia czy rotacja, czy cewka, znaczenie ma, jaki jest efekt końcowy i czy zniesie próbę czasu. Ja wiem, że jest odwieczna wojna cewka vs. rotacja, ja jestem poza tym.

Czym teraz dziarasz?

Obecnie mam Phantom Oil na skoku 3,5 od Tattoome do większych zestawów i Lithuanian Irons Z rotary do delikatnych i miękkich przejść kolorystycznych, bo pracuje z nią na niskim skoku. Ja generalnie preferuje maszyny direct drive – nie umiem trzymać penis…sorry penów.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?  

Ja właściwie nawet nie wiem, czy mam jakiś styl. Tatuuję trzy lata, co oznacza, że jestem w fazie intensywnego rozwoju i tak naprawdę szukam siebie. Można zauważyć, że romansuję sobie ze stylem neotradycyjnym, tradycyjnym i czasem geometrycznymi motywami. Ja jestem człowiekiem bardzo ścisłym w tym względzie i lubię, gdy istnieją zasady, których wypadałoby się trzymać, to mi daje poczucie komfortu. Kocham kolor, bo kolor jest bardzo wymagający i zawsze jest wyzwaniem, ratuje mnie od jakiejkolwiek monotonii. Ale ja też jestem takim tatuatorem, który po prostu lubi tatuować, więc jeśli klient umrze ze szczęścia posiadając znak nieskończoności, to dla mnie też spoko.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Oczywiście, wydaje mi się, że obecnie każdy tatuator robi własne projekty. Nie sądzę, aby idea flash booków była w Polsce jakoś szczególnie popularna. Inspiracją jest dla mnie sama branża i to, jak się rozwija, jak inni artyści przenoszą dane style na kolejne poziomy, jakie rozwiązania stosują. Tatuaż jest moją inspiracją na tatuaż, taka tattoocepcja.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Covery to nie moja bajka. Ja stosuje bardzo jaskrawe kolory i tak naprawdę większość dziar pod cover, jakie widzę, wymaga albo dużej blachy czerni, albo rozjaśniania laserowego, czego klienci unikają jak ognia. Także nie czuję tego zbytnio, chyba, że to jakieś maleństwo. Natomiast blizny tatuowalam wielokrotnie i jeśli tylko są zagojone i można tatuować z dermatologicznego punktu widzenia, to nie mam problemu.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Tak naprawdę to ja bardzo nie lubię podejścia „jest jedna święta prawda”. To jest bardzo wąskotorowe i ograniczające. Każdy obiera swoją ścieżkę rozwoju i każdy ma własne tempo dochodzenia do wymarzonego poziomu. I to, czy rysunek był odręczny, na tablecie, czy patykiem na piasku nie ma znaczenia. Bo my nie robimy tego, aby klient w ramkę wstawił, tylko, aby dobrze to pracowało na skórze, współgrało z ciałem i się po latach obroniło. Tak długo, jak tatuaż jest wykonany dobrze, to jak był robiony projekt mi osobiście zwisa i powiewa. Ileż ja się nasłuchałam, że przecież na tablecie nie wyćwiczy się ręki, no wiecie, pod tatuowanie rękę można wyćwiczyć tylko tatuowaniem, ołówek czy pędzel to nie ciężka, drgająca maszyna. A plot twist jest też taki, że tablet jeszcze za nikogo niczego nie narysował. Dla mnie właściwie praca na tablecie jest trudniejsza, bo ja się średnio znam na warstwach i funkcjach. Wcześniej rysowałam głównie promarkerami na blokach A3. Obecnie mam słynnego ajpada, bo nie muszę już wszędzie jeździć z całym sklepem plastycznym. Ale i tak, koniec końców, kolory w tatuażu robię dopiero na skórze klienta. Moim ulubionym płótnem jest właśnie skóra i klient.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Ja myślę, że ani to, ani to nie jest sztuką per se, to jest wypadkowa doświadczenia i dobrego warsztatu. Ja postrzegam pracę tatuatora, która związana jest zarówno z projektowaniem, jak i tatuowaniem, bardzo rzemieślniczo. Tutaj trzeba mieć warsztat, znać zasady, tego się nie przeskoczy, dopiero potem można je ŚWIADOMIE łamać i odkrywać nowe ścieżki, ale tak naprawdę dużo sprowadza się mimo wszystko do projektowania na akord. Koniec końców, to klient będzie nosił ten tatuaż, więc czy robimy realizm, czy tatuaż neotradycyjny, czy graficzny, czasem trzeba portret ukochanego pieska wydziarać, przefiltrowany przez nasz styl oczywiście, ale wciąż to kreatywność na zamówienie.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Ja uważam, że tatuaż na żywo, ten dobrze wykonany, zwykle wygląda lepiej niż w obiektywie, gdyż oko, to jednak oko. Nie ma nic złego w tym, że tatuatorzy inwestują w sprzęt, oświetlenie, tła, aby dobrze prezentować swoje prace, bo w erze Social mediów dobra praca już przestaje się sama bronić. Tu są potrzebne zdjęcia „Instagramowe”, bo to się sprzedaje. A bez klientów tatuator ani czynszu nie zapłaci, ani się nie będzie rozwijał, więc nie ma, co się bronić rękoma i nogami. Dopóki poprawiamy zdjęcie tak, aby tatuaż wyglądał równie dobrze, jak na żywo i nie przeginamy pały, jest ok. Ilu znam tatuatorów, którzy robią super prace, ale zdjęcia tragiczne. Kreatyves kiedyś mi powiedział, że zdjęcia są niesamowicie ważne, bo dobre zdjęcie dla klienta, to dobry tatuaż, słabe zdjęcie, słaby tatuaż. I jest w tym racja.

Pamiętasz pierwszy tatuaż, który zrobiłaś?

Pierwszy tatuaż, poza tatuowaniem siebie samej, zrobiłam na moim ówczesnym chłopaku, który posłużył mi za królika doświadczalnego. Pierwsze tatuaże robiłam niestety w zaciszu domowym, nikomu nie polecam tej drogi rozwoju, jednak od początku kładłam duży nacisk na higienę i starałam się zachować maksymalnie higieniczne warunki, biorąc pod uwagę miejsce. Miałam nawet swoją leżankę, nie jakąś kanapę owiniętą cholera wie czym. Byłam cała spocona, ale jednocześnie bardzo podekscytowana – po dziś dzień, gdy zaczynam tatuowanie, mam taki wystrzał adrenaliny w mózgu. To uczucie nigdy mnie nie opuściło, wydaje mi się, że właśnie, dlatego tak bardzo lubię tatuować, bez względu na to, jaki to jest motyw i czy w moim stylu, czy mały napis – bo to uczucie uzależnia. Czy tatuaż wyszedł? Jak to bywa z pierwszymi tatuażami – średnio. Ale wartość sentymentalna wzoru bezcenna.

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumna?

Tak naprawdę punktem zwrotnym nie był tatuaż, który ja robiłam, ale tatuaż, który robiono na mnie. Otóż w Polsce wielu tatuatorów ma tendencje do przekazywania wiedzy „tylko tak, inaczej nie można”. W związku z tym, ja się bardzo męczyłam z kolorem, dopóki nie zobaczyłam, jak tatuuje pewien rosyjski tatuator, na moim własnym udzie. Zapytałam – stary, dlaczego ty akurat tak ten kolor blendujesz, nigdy nie widziałam, aby ktoś tak robił. On odpowiedział piękną rzecz – bo mogę. Też zaczęłam tak robić. I dużo się zmieniło. 

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłaś?

Najdziwniejszy tatuaż to z pewnością było imię – imię osoby tatuowanej na całe jej przedramię. Nie zadawałam dodatkowych pytań – po prostu zrobiłam swoje i motywy pozostały na zawsze tajemnicą.

Są motywy, których masz już dość lub nie robisz?

Nie, ja lubię po prostu tatuowanie, jako proces. Mam z tego super radochę, więc choćbym dziesięć tysięcy razy robiła tę samą rzecz, ale trochę inaczej, jak dla mnie w porządku.

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Dla mnie tak naprawdę płacz, omdlenia, krzyki i tak dalej to nie są dziwne rzeczy. Tatuaże bolą – prosta sprawa, dodatkowo ja nie pracuję na znieczuleniach, także dzień mój powszedni, trudno jest mi uchwycić coś, co mogłoby się odznaczyć, jako szczególnie dziwne.

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Chyba głównie brak zrozumienia tej pracy, ale też nic dziwnego, skoro klienta nikt nie edukuje. Dlatego też, co poniedziałek o 20:00 od dwóch lat publikuję na moim fanpage’u poradniki dla klientów, które już wkrótce ukażą się w formie książki. Ja nigdy nie ogarnę, jak to możliwe, że telefon za 3000 zł kupują jak świeże bułeczki, a tatuaż, który będą nosić całe życie, chcą jak najtaniej. To jest poważna decyzja i inwestycja, nie jakieś jaja. Oszczędzający klienci, którym się wydaje, że to jest proste i hop siup. Przykro mi wtedy.

„Janusze tatuażu” to?

Janusz tatuażu to dla mnie osoba, która robi słabe dziary i nie chce tego zmienić. Znam kwiatki, na przykład w mojej miejscowości, w której obecnie mieszkam, gość tatuuje z dziesięć lat, a poziom wciąż taki, że oczu kąpiel. Polska scena tatuażu ma do zaoferowania tak wiele, że nie rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy idą do tzw. Janusza po tatuaż krzywy, niestaranny, po prostu estetycznie brzydki i źle wykonany. Co do początkujących – w tym zawodzie człowiek uczy się całe życie i uważam, że ja po trzech latach, wciąż mam wiele do ogarnięcia. Ale kwestia jest taka, że ja bardzo chcę się rozwijać, szukać, zmieniać. Najgorzej, gdy ktoś zaczyna tatuować bez pojęcia – pojęcia o rysunku, o branży, o etyce tego zawodu, krzywdzi ludzi i nie chce się rozwijać. Pozostaje w punkcie wyjścia na zawsze – to jest Janusz.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Tak naprawdę to jest bardzo długa i obszerna lista – ja bym mogła wymieniać bez końca nazwiska polskie i zagraniczne, bo ja w wolnym czasie właściwie wiszę w internecie i podglądam, jak pracują inni.

Zdjęcie Żuka wykonała Kasia Kaleta z Naszej Kosmicznej.