Kraków: Marcin Nencek z Grey Eye Tattoo 1 miesiąc ago

Jeżeli chodzi o styl, to obracam się raczej w fotorealistycznych klimatach. Surrealizm, realizm, semirealizm itd. Nie mam swojej stylówki, nad czym ubolewam od dawna. Nie potrafię znaleźć niczego oryginalnego. Jest bardzo dużo artystów, którzy łączą różne style tworząc z tego swoją wizytówkę. To jest w ogóle temat rzeka… można by debatować godzinami. Artyści, którzy twierdzą, że mają swój własny unikalny styl często bardziej lub mniej świadomie naśladują innych artystów po kawałku. I nie widzę w tym nic złego dopóki nie jest to kopia 1 do 1. Myślę, że jest trochę tak jak z grą na gitarze. Wszystkie chwyty już wymyślono, teraz tylko można to składać w różny sposób. To samo tyczy się malarstwa, rzeźby, muzyki, filmu, fotografii itd. Takie jest moje zdanie, ale oczywiście nikt nie musi się z tym zgadzać. Bardzo lubię portrety. Czarno-biały realizm. Ale jeżeli chodzi o moje słabe strony to zdecydowanie kontur!

Skąd wziął się pomysł, że zostaniesz tatuażystą?

Kiedyś, leżąc na łóżku i oglądając w tv Miami Ink, zastanawiałem się czy może być jakaś praca, która nie będzie mnie denerwowała. Praca, w której ludzie będą się wywiązywać ze złożonych wcześniej obietnic. Praca, z której jeżeli zostanę zwolniony to będę mógł szybko złapać następną. Wtedy chwytałem się już wielu zajęć i zawsze dużo obiecywano, ale właściwie rzadko ktoś dotrzymywał słowa. A jeżeli już to zajęcie nie dawało zbyt dużych szans na rozwój. Po kolejnej nieudanej próbie robienia kariery w alpinizmie przemysłowym zacząłem zastanawiać się nad tatuowaniem. Ami James i Chris Nunez oraz reszta ekipy zdawała się być zadowolona z życia. Pomyślałem: Ja też bym mógł dziarać. I od tej myśli wszystko się zaczęło. Ale to był dopiero koncept. Od tego czasu, do momentu, gdy kupiłem swój pierwszy zestaw do tatuowania, upłynęło dużo czasu. Więc w gruncie rzeczy wtedy chodziło o wygodną pracę, w której mogę się rozwijać i zarabiać przyzwoite pieniądze. Podkreślam, że nie rysowałem, i nie byłem po żadnej szkole artystycznej, więc nie był to naturalny wybór. Gdyby w tamtych czasach w telewizji leciał jakiś inny program, który tak by mnie wciągnął, np. „Rolnik szuka żony”, to wiecie, co by się stało.

Jak długo dziarasz?

Nie wiem, ile dokładnie czasu minęło od momentu, gdy kupiłem zestaw, lub od pierwszego wbicia igły w skórę, ale pamiętam, kiedy postanowiłem, że w końcu rzucę wszystko inne i zajmę się tylko tym. A pamiętam tą datę, bo zrobiłem sobie wtedy pierwszy tatuaż z prawdziwego zdarzenia, w studiu. Był to 13 grudnia 2013 roku. Wtedy zaczęła się walka. Czyli minęło około 5 lat.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłeś igłę w czyjąś skórę?

Pierwszy raz… już prawie o tym zapomniałem. Przypominanie sobie takich historii wzmaga w człowieku pokorę. Pierwszy tatuaż zrobiłem na sobie, małą chińska literkę. Podobno oznacza początek. Ale tak naprawdę to pewnie coś z orientalnego menu przydrożnej knajpy. Natomiast pierwszy, jaki zrobiłem komuś to była babeczka diabeł. I muszę przyznać, że jak na pierwszy tatuaż to wyszła nadzwyczaj dobrze. Pomijając pokrzywiony kontur. Mam nawet jeszcze gdzieś zdjęcie. Może, dlatego wyszła całkiem spoko, bo robiłem go bardzo pomału… Czy był stresik? Hmmm raczej nazwałbym to przeraźliwym lękiem przed zmarnowaniem komuś życia. Pamiętam, że nie czułem się jeszcze na siłach, aby zrobić komuś tatuaż. Dotychczas była tylko kartka i ołówek lub sztuczna skóra. Nerwowo szukałem kątem oka miejsca w pokoju, w którym mógłbym w razie, czego zwymiotować, a które będzie łatwe do sprzątania (śmiech). Ciężko nabierałem powietrze w płuca a w klatce mnie przytykało. Było mi gorąco i ogólnie do dziś się dziwię, że dałem się namówić. Ale dziewczyna mojego brata (teraz już ex) wierzyła we mnie bardziej niż ja sam. Jak patrzę na to z perspektywy czasu i odwiedzonych miejsc, to miałem w pokoju bardziej sterylne warunki niż niejedno „studio” A ostatnio byłem nawet w szpitalu, który wydawał się być w gorszym stanie.

Jak wyglądały Twoje początki?

Zaczynałem na sztucznych skórach i kartce papieru. Na początku musiałem się nauczyć rysować. Przez rok czasu siedziałem nad kartką z pożyczonym netbookiem na kolanie i oglądając filmiki na YT podpięty do Internetu brata uczyłem się rysować. Później trochę teorii o sprzęcie i ćwiczenia na sztucznej skórze. Jak czasem słyszę od początkujących osób, że ciężko jest się nauczyć tatuowania to mnie osłabia. Już wtedy było pełno informacji w necie, a dziś? Szkolenia, praktyki, kursy itd. itp. Mnie na praktyki nikt nie przyjął. Pisałem do wszystkich studiów w Krakowie, jakie znalazłem na Internecie. Do kilku wybrałem się osobiście. Niektórzy nawet nie spojrzeli na moje rysunki a inni mówili, że zadzwonią. Oczywiście nie dzwonili. Jeszcze inni wyśmiewali. Znajomi mówili żebym znalazł pracę a nie udawał. Niektórzy wspierali a inni się śmiali. Zaczynałem w mieszkaniu i tu muszę podziękować braciom i mamie, którzy to tolerowali. Umawiałem ludzi, kiedy oni byli w pracy. Dziękuję im za wsparcie. Moja mama nawet się podłożyła pod igłę i to kilka razy. Później zgłaszali się znajomi i osiedlowa patologia. Początki były bardzo ciężkie, bo tacy klienci są najbardziej wymagający i wybredni. Tatuowałem wtedy za darmo. A sprzęt kosztował. Więc zarabiałem w przeprowadzkach, w sklepie meblowym, innych drobnych pracach. Aczkolwiek z moją alergia na koty nie było to łatwe… Utrzymywał mnie brat z mamą. To były czasy (śmiech). Bardzo ciężka praca i zero nagród za wytrwałość… aż w końcu kolejny raz odwiedzając konwencje w ramach doszkalania się zaproponowano mi pracę w studiu! To było szczęście. W końcu wysiłki się opłaciły.

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

Właściwie praca to styl życia. Przynajmniej dla mnie. Ale nie zawsze tak było. Czasem to moje hobby było dla mnie stylem życia a praca była tylko po to, bym miał, co jeść. Gdy pracowałem na wysokościach to byłem zafascynowany wszystkimi rzeczami z tym związanymi. Doszkalałem się szukałem nowych rozwiązań technicznych itd. Zawsze chciałem się rozwijać i być najlepszy w tym, co robię a to pochłania nieco życia prywatnego. Ale czasem też do pracy chodziłem tylko po pieniądze. W sumie to chciałem robić coś, w czym będę niezależny i będę dobrze zarabiał. Więc w moim przypadku to chyba bardziej praca.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Największą wadą tatuowania zwłaszcza w moim stylu jest moim zdaniem ilość godzin, jakie musisz poświęcić na tatuaż. Przez co cierpią moje plecy, oczy, barki itd. No i to wszystko wymaga cierpliwości… przez co też wiecznie na nic nie mam czasu…No i kolesiostwo, ale to nie tylko w tej branży…

Jesteś właścicielem studia. Ciężko jest prowadzić własny biznes?

Nie nazwałbym tego biznesem. Jestem raczej samozatrudniony. Zamiast pracować dla kogoś to robię to samo dla siebie tylko dla mnie nie jest to tak stresujące. Zarobię mniej, ale mam spokojną głowę. Czuje presję sam przed sobą a to nie psuje tylu nerwów. Wiem dokładnie, co zamierzam i czy mnie na to stać. Popełniam błędy i nie muszę się nikomu tłumaczyć, bo wiem, że to są lekcje. Zagryzam zęby i idę dalej. A biznes kojarzy mi się z firmą, którą nie musisz się zajmować i masz z niej dużo większe pieniądze. Gdybym tylko miał swoje studio i nie pracował tam, to wtedy prędzej nazwałbym to biznesem.

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Nigdy nie miałem maszynki złożonej z walkmana, ale zakładam się, że gdybym taką skleił to działałaby lepiej niż ta, którą kupiłem w gotowym zestawie do tatuowania. Ten najlepiej nadawał się do mojego kosza na śmieci. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Następnie kupiłem trochę lepszego chińczyka i w końcu porządną maszynę cewkową, której nie umiałem ustawić. Wszystko się odmieniło, kiedy kupiłem rotarkę.

Skoro sam wywołałeś temat to cewka czy rotarka?

Rotarka zdecydowanie wygrywa u mnie tą batalię. Jest lżejsza, ale są też cięższe, jeżeli komuś to pomaga w prowadzeniu linii. Jest bardziej cicha to dla mnie ogromny plus! Jest ją dużo łatwiej ustawić, lub w ogóle nie trzeba tego robić. Jest dużo łatwiejsza w użyciu w czyszczeniu itd. itp.

Czym teraz dziarasz?

Aktualnie używam Scorpiona od Ink Machines, ale na kablu, bo nie stać mnie na zasilacz z bateriami (śmiech). Mam też Protona i też bardzo fajnie się nim tatuuje. Proton jest cięższy i chyba lepiej kładzie kontur i kolory a Scorpion jest dużo lżejszy i fajnie mi się nim kładzie gładki cień. W sumie używam ich na przemian. Ale i tak najlepiej dziabało mi się Penem od Cheyenne.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania? 

Jeżeli chodzi o styl, to obracam się raczej w fotorealistycznych klimatach. Surrealizm, realizm, semirealizm itd. Nie mam swojej stylówki, nad czym ubolewam od dawna. Nie potrafię znaleźć niczego oryginalnego. Jest bardzo dużo artystów, którzy łączą różne style tworząc z tego swoją wizytówkę. To jest w ogóle temat rzeka… można by debatować godzinami. Artyści, którzy twierdzą, że mają swój własny unikalny styl często bardziej lub mniej świadomie naśladują innych artystów po kawałku. I nie widzę w tym nic złego dopóki nie jest to kopia 1 do 1. Myślę, że jest trochę tak jak z grą na gitarze. Wszystkie chwyty już wymyślono, teraz tylko można to składać w różny sposób. To samo tyczy się malarstwa, rzeźby, muzyki, filmu, fotografii itd. Takie jest moje zdanie, ale oczywiście nikt nie musi się z tym zgadzać. Bardzo lubię portrety. Czarno-biały realizm. Ale jeżeli chodzi o moje słabe strony to zdecydowanie kontur!

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Robię własne projekty, najbardziej lubię takie, które są sklejone z wielu zdjęć. Unikatowe. Często też tatuuje po prostu zdjęcia. Przenoszę je na skórę jak kopiarka. Ktoś może powiedzieć, że to nie jest sztuka, i że to proste tylko skopiować zdjęcie, ale moim zdaniem jest dużo łatwiejszych rzeczy do zrobienia w tatuowaniu. A fotorealizm i hiperrealizm nie jest wcale taki prosty. Inspiracje czerpie obserwując najbardziej znanych artystów z całego świata. Ale biorę je też z muzyki, z filmów teledysków itd.

Są motywy, których masz dość lub, których nie robisz?

Bardzo ciekawe pytanie, bo mam kilka takich. Jest to na pewno wilk, las i każda odmiana tego tatuażu. Wilki z trójkątami, z różami, z lasem, las z wilkami, wilki z wilkami, lasy z lasami, wilki z zegarem, z okiem itd. Nie wiem, czemu, ale jest to najczęściej tatuowaniu motyw w Polsce, ale chyba też i na świecie… tak jakby nie było innych fajnych zwierząt (śmiech). Nie zrozumcie mnie źle. Wilk jest spoko. Mimo, że to raczej symbol bezwzględności i braku uczuć. Jak np. w bajce o czerwonym kapturku, w filmie „Wilk z Wall Street” I w polskiej poezji. Ale niektórym ten motyw kojarzy się patriotycznie. Nie byłoby w wilku nic negatywnego, gdyby nie fakt, że ma go wytatuowanego większość Polaków. Ludzie lubią przynależeć do społeczeństwa, więc robią sobie sprawdzone motywy, które są modne i które lubi większość. To normalne zjawisko, ale kiedy masz tatuować wilka 3-4 razy w tygodniu to masz zwyczajnie dość. Ja cenię oryginalność, choć w dzisiejszych czasach chyba bardziej oryginalne jest nie posiadanie żadnego tatuażu niż ich posiadanie. Ogólnie nie robię też nic poza tymi stylami, które wymieniłem wcześniej, z jakimiś tam drobnymi wyjątkami. Np. Kolorowa kreskówka lub napis dla znajomego. Odmawiam też, gdy klient wysyła zdjęcie czyjegoś tatuażu i mówi, że chce identyczny. Często wzoruje się na cudzych pracach, ale nigdy nie kopiuje 1 do 1. Nic dobrego nigdy z tego nie wychodzi… Poza tym uważam, że jest to nie w porządku wobec osoby, która posiada taki tatuaż i dla tatuażysty.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Raczej program graficzny. Czasami dorysowuje coś pisakiem na ręce, ale robię to bardzo rzadko. Często też dorysowuje coś w programie graficznym, ale zwykle sklejam i łączę ze sobą zdjęcia. U mnie zdecydowanie wygrywa laptop i tablet graficzny. Program daje mi dużo więcej możliwości. Funkcje, których nie mam na kartce. Dużo więcej kombinacji. Mogę pracować na warstwach, cofać się dodawać i wygaszać warstwy, przesuwać elementy wycinać je itd. itp. Mogę sprawdzić jak coś wygląda a później mogę to bez problemu szybko cofnąć, jeżeli mi nie pasuje. Dla mnie to duże ułatwienie.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Wydaje mi się, że większą wagę ma projekt niż samo wykonanie go na kimś. Jeżeli średnio wykonasz świetny projekt to tatuaż będzie fajny. Ale jeżeli świetnie wykonasz średni projekt, to tatuaż będzie średni. Łatwiej jest dobić jakiś element, czy dodać detal lub wygładzić jakąś powierzchnię na kolejnych sesjach, niż ratować coś, co od początku jest już skazane na porażkę. Oczywiście żaden projekt nie uratuje bardzo słabego wykonania. No i mnie łatwiej jest popracować nad artystycznym aspektem tatuażu na etapie projektowania. Wtedy maleje ryzyko kombinowania i popełnienia błędu na skórze.

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumny?

Nie mam jednego ulubionego. Na pewno mam kilka, które podobają mi się bardzo, bardziej niż inne. Kiedy od początku do końca mogę zrobić swój projekt a klient się nie spieszy. Wtedy wychodzą najlepsze tatuaże. Im więcej czasu poświęci się na fotorealizm tym lepiej będzie wyglądał tatuaż. Silvano Fiato zapytany niegdyś, „jaki jest najlepszy tatuaż, jaki zrobiłeś, odparł, że ten, który dopiero wykona”. Bo cały czas się rozwija. Więc mam nadzieję, że zrobię jeszcze kilka moich ulubionych tatuaży. Pamiętam taki, który był punktem zwrotnym w mojej karierze. Była to fotorealistyczna róża na ramieniu klientki. Wtedy wydawało mi się, że wygląda jak zdjęcie naklejone na rękę. I w sumie do dziś mi się podoba. Widziałem ten tatuaż po latach i naprawdę daje radę jak na to, że był to jeden z pierwszych.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłeś? Choć czy w sztuce może być coś dziwnego?

Kiedyś zrobiłem taki konkurs na najciekawszy według mnie pomysł na projekt. I wygrała dziewczyna, która wytatuowała sobie u mnie samicę tyranozaura w welonie z kaktusem w łapach. Wzór wykonaliśmy na ramieniu W tle jeszcze było ufo porywające krowę, ale to już częściej widywany motyw.

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Klienci mdleją lub płaczą, co jakiś czas. Historie z brakiem prądu przerabiałem kilka razy. Ciekawsza historia przydarzyła mi się niedawno. A właściwie to Marcinowi ode mnie ze studia. Klient dzień przed sesją potwierdził wizytę. Marcin na niego czekał, ale klient się spóźniał, więc postanowił napisać do niego wiadomość na fb i zapytać jak sytuacja. Okazało się, że został zablokowany. Więc napisaliśmy ode mnie, ale wiadomości nie dochodziły. Marcin znalazł na fb numer do jego żony i postanowił zadzwonić, ale ta twierdziła, że mąż wyjechał rano do nas do studia i teraz nie może się do niego dodzwonić. Poprosiliśmy, żeby dali znać jak sytuacja się wyjaśni, ze zwykłej ludzkiej troski o drugą osobę. Ale już nigdy nikt nie oddzwonił. A klient ostatecznie nie dotarł. Co ciekawe w momencie, gdy Marcin próbował się z nim skontaktować bez skutku, ten wysłał przelew z umówioną kwotą za sesje.
Miałem też śmieszna historię z klientką, którą dziarałem w piątek trzynastego. Wiedziałem, że jest piątek, ale nie miałem pojęcia o tym, że akurat 13. W momencie, gdy ona mnie o tym uświadomiła moja maszynka zaczęła zwalniać, po czym zatrzymała się i już nie ruszyła. Na szczęście w studiu, w którym pracowałem wtedy szef miał tą samą maszynkę. Później okazało się, że to była wina kabla a nie maszynki, ale w ten felerny wieczór nie mogłem do tego dojść i wymieniłem cały zestaw, maszynkę kable i zasilacz. I mogliśmy skończyć wzorek. Wszystko znajdowało się w studiu, więc można powiedzieć, że ten piątek był szczęśliwy. Lub pechowy w zależności od tego jak patrzysz na życie. Czy jesteś optymistą, czy pesymistą. Była też sytuacja gdzie na konwencji ktoś rozpylił gaz na klatce schodowej i wszyscy, którzy śmiali się ze mnie, że tatuuje w maseczce na twarzy nagle mnie polubili. Mogłem je sprzedawać.

Tatuowanie to jednak ciekawe zajęcie…

Tatuowanie jest o tyle fajnym zawodem, że można podróżować. A w podróży też dzieją się ciekawe rzeczy. Na przykład nie wpuszczają Cię na konwencje, bo nikt nie może znaleźć organizatora i chodzisz dookoła nie małej hali w kółko i szukasz nie wiadomo, kogo i nie możesz się do nikogo dodzwonić… czasem jest śmiesznie, a czasem masz ochotę dać komuś w mordę. Ogólnie raczej się nie nudzisz (śmiech).

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Nie wiem, czy opublikujecie tak długą odpowiedź na pytanie (śmiech). Ogólnie z klientami da się dogadać, jak umiesz z nimi rozmawiać. To nie jest proste i na pewno nie pomaga to, że jesteś nerwowy. Ja na szczęście umiem zdusić emocje, choć czasem nie jest to łatwe. O ile rozumiem, że ktoś może nie mieć zielonego pojęcia jak wygląda schemat działania w takiej branży jak tatuowanie, o tyle nie mogę czasem zrozumieć głupoty ludzi, a tym bardziej nie toleruje chamstwa. Takim gburom po prostu nie odpisuje, bo szkoda mi czasu. A mój czas jest bardzo cenny. Wolę go poświęcić rodzinie i przyjaciołom lub sobie. Niektórzy jak trochę pomyślą, to popytają, poszukają dobrego tatuażysty i rozeznają się w cenach itd. Ale jak ja bym wszedł do salonu samochodowego i zapytał „Ile kosztuje auto?” To sprzedawcą powinien zadać serię pytań, które powinny mu przybliżyć moje oczekiwania, co do wielkości, silnika, ekonomii, funkcjonalności itd. itp. Ale gdybym mu odpowiadał na pytania: „eeee, nie wiem” albo „A co jest modne teraz?”. Taka rozmowa do niczego nie prowadzi. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie do salonu BMW i pytacie: „Ile kosztuje to BMW?”, wskazując na konkretny model.  Na co sprzedawca odpowiada 250 tys. zł. A Wy bez rozeznania w cenach, materiałach, wykonaniu, stosunku ceny, do jakości wyjeżdżacie:, „co tak drogo? Mirek składał gokarta w garażu za 500 zł. A w salonie Dacia też sprzedają auta i mają za 50 tys zł takie vana na 8 osób. A tu macie małe 3 drzwiowe coupe, z tyłu nie ma miejsca nawet na psa i chcecie za to 250 tys zł? Mogę dać 70 tys. Auto ma być naszykowane na jutro do odbioru i chce to największe, jakie macie!”. Czasem po prostu nie chce mi się nic tłumaczyć, bo widzę, że klient jest z tych trudnych. A mi chętnych nie brakuje, więc nie potrzebuję takich ludzi. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu tatuowanie to rodzaj sprzedaży bezpośredniej a sprzedaży się można nauczyć. I wtedy takie rozmowy są łatwiejsze.

Rzeczywiście zapowiada się długa odpowiedź…

Dziwne jest też dla mnie zaskoczenie klienta, który usłyszy odmowę na zrobienie mandali lub tribala. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy pacjent wchodzi do okulisty ze złamaną nogą i dziwi się, że ten nie chce mu udzielić pomocy odsyłając do chirurga lub innego specjalisty. Przecież to lekarz, to powinien umieć wszystko. To normalne, że w różnych zawodach ludzie mają różne specjalizację. A tutaj jakoś nie do końca jest to akceptowane. Czasami też klienci dziwią się, że mam takie terminy. Śmieszą mnie osoby, które myślą, że za pieniądze można kupić sobie wszystko, np. szybszy termin. Polacy to bardzo specyficzny naród. Kraj specjalistów i ekspertów od wszystkiego. Bardzo mało jest w nim empatii i zrozumienia dla innych. Bardzo samolubny naród. Na szczęście jakieś 20% ludzi ratuje to społeczeństwo. Kulturalni, umieją się zachować i doceniają. Najlepsi są znajomi, którzy odzywają się tylko wtedy, kiedy chcą tatuaż A tak to nawet raz na pół roku nie zapytają o zdrowie lub co słychać? Czy nawet nie pamiętają o urodzinach. Ale zniżkę po znajomości to by chcieli. Po znajomości. A może ktoś po znajomości dałby tipa? Na szczęście większość klientów docenia dobrą dziarę i jest wdzięczna za poświęcony czas.

„Janusze tatuażu” to?

Janusze tatuażu to według mnie ludzie, którzy porywają się na zbyt trudne w stosunku do swoich umiejętności rzeczy np. portrety czy realizm albo jakiś mega stylowy neotrad. Są to ludzie, którzy nie mają zbyt dużego pojęcia o tatuowaniu i nie czują potrzeby rozwoju. Twierdzą, że są dobrzy, a rzeczywistość mówi coś innego. Tacy ludzie powinni ćwiczyć na sztucznych skórach i dużo rysować. Tymczasem oni z zerowym przygotowaniem teoretycznym w temacie igieł, skóry, maszynek, ogólnie sprzętu i techniki zaczynają dziarać ludzi, a co gorsze biorą pieniądze od klientów. Na pewno nie jest to określenie dla kogoś, kto zaczyna. Jeśli ktoś uczy się tatuowania w poprawny sposób to jest ok. Nie wydaje mi się, żeby to był problem. Przecież ludzie mają oczy i wiedzą, na co się piszą. Tylko niech mają na uwadze konsekwencje. Laser lub cover może być konieczny w przypadku, gdy Janek ma gorszy dzień. A rzadko zdarza się dobry dzień. I tu raczej nie chodzi o talent. Ja mam taką teorię, że prawie wszystkiego się można nauczyć, jeżeli tylko się tego chce, a talent to zmyślone słowo, takie jak np. honor. Łatwiej jest dzięki takim słowom mówić ludziom, co mają robić. Ludzie nie chcą się rozwijać i to jest problem. Rysunek można wypracować znając teorię i różne triki. Ale gdzieś tą wiedzę trzeba nabyć. Sama nie spadnie z nieba.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

No tak. Tu uderzamy w czuły punkt. Każdy artysta chce, żeby jego praca wyglądała świetnie w jego portfolio. Ale tatuaże, które świecą w ciemnościach i mają większą głębię czerni niż najnowsze smart tv to już przesada moim zdaniem. O ile my tatuażyści wiemy, że to jest podciągnięte i jak to będzie wyglądało po zagojeniu lub na żywo, o tyle początkujący tatuażyści i klienci nie są tego świadomi. Myślę, że to zjawisko wymusza Instagram. Każdy chce mieć coraz więcej lajków i followków. Ale niektórzy sięgają po niezbyt uczciwe metody. Co ciekawe najczęściej takie filtry pojawiają się u artystów, którzy nie muszą ich stosować. Widziałem kilka prac topowych artystów na żywo lub ze zdjęcia od klienta, który się u takiego dziarał. Niektóre były naprawdę dobre, ale na pewno nie wyglądały tak jak wyglądają na ich Instagramach. Niektóre natomiast wyszły spod igły tatuażystów, którzy mają po 100 tys. followersów i nadawały się do całkowitej poprawki lub coveru. Masakra. Ale z filtrami super kontrast i idealnie gładkie cienie. A po zagojeniu wszystko płaskie, a oczu na portrecie właściwie nie ma, bo tak zbladły. Wszystko powinno mieć swój umiar. Filtry są po to, by użyć ich do pokazania jak tatuaż wygląda na żywo, kiedy zwykłe zdjęcie tego nie oddaje. Znam artystów, którzy robią mega robotę i nie muszą dawać filtrów na zdjęcia, ale nie mają tylu followersów, bo ludzie wolą zdjęcia tatuaży, które są wręcz odblaskowe i takie sztuczne rzeczy lajkują. Ale teraz jest moda na sztuczność, więc ludzie sami się proszą, żeby ich oszukiwać. Klienci lubią być oszukiwani, a później lubią sobie ponarzekać, że to nie wygląda tak jak na zdjęciu. Miałem raz sytuację, kiedy klient wysłał mi filmik z pracami pewnego artysty, którego nazwy tu nie będę wymieniał, chociaż może powinienem. I ów klient zapytał mnie czy robiłem kiedyś takie? A ja przerobiłem szybko na telefonie kilka zdjęć i filmów moich prac i wysłałem mu efekt. Zrozumiał, o co chodzi (śmiech).

To pewnie masz też swoją opinię o kopiowaniu tatuaży?

Jeżeli chodzi o kopię tatuaży to nie wiem jak niektórzy mogą nie widzieć zniekształceń wynikających z krzywizny ciała. Drukując i przerzucając zdjęcie cudzego tatuażu na kolejną osobę nigdy nie otrzymamy nic dobrego. Wypadałoby przynajmniej wyprostować to w Photoshopie. Co do kopiowania motywów, to w malarstwie muzyce filmie itd. itp. jest to bardzo znany zabieg. Zapożyczanie koncepcji czy przynajmniej naśladowanie stylu to też dość rozpowszechniony proceder. Dzieje się tak od lat. Na przykład mało osób wie, że Da Vinci naśladował innych malarzy i czasem wręcz kopiował ich dzieła, ale dużo osób wie, że ludzie kopiują Leonarda. Sam nie lubię kopiować nikogo, ale w fotorealizmie opieramy się na zdjęciach, więc jest to trudne. Dlatego staram się dodawać do całości nutę artyzmu, choć nie nazwałbym się artystą. A raczej rzemieślnikiem.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Bardzo duży wpływ na moją twórczość ma muzyka. Zespoły takie jak Linkin Park, Nirvana, U2, Coldplay, The Score, 21 Pilots, X ambasadors i wiele innych. Przy dobrej muzyce łatwiej mi się tworzy. Poza tym widzę w głowie obrazy, gdy słucham dobrej muzyki. A jeśli chodzi o malarzy to na pewno Casey Baugh i Carlos Torres, on jednocześnie jest wybitnym tatuażystą. A co do tatuatorów to jest ich wielu. Za długo by wymieniać. Na pewno na samym początku podpatrywałem Silvano Fiato i starałem się wzorować na jego pracach. Później Paweł Głód, Mark Wosgerau, Jak Conolly, Levgen Knysh i wielu innych. Ale z czasem zacząłem coraz bardziej szukać własnego stylu i do dziś nie mogę go znaleźć (śmiech).