Kraków: Szymon „Pain Ting” Gdowicz z Kult Tattoo Fest 2 tygodnie ago

Po wielu próbach doszedłem w końcu do stylu, w którym czuję się najlepiej. Ciężko określić go jednoznacznie, jednak przeważa w nim dynamiczna abstrakcja lub jej elementy łączone z motywami graficznymi. Czerń jak najbardziej, im więcej tym lepiej, ale także i siła koloru. Przede wszystkim dobry kontrast, w którym kolory mogą ładnie zaświecić. Wykonuję głownie autorskie projekty, choć czasem, jako inspirację wykorzystuję prace graficzne, malarskie czy rysunkowe innych twórców. Wtedy staram się je przełożyć na swój język i język tatuażu.

Skąd wziął się pomysł, że zostaniesz tatuażystą?

Zadecydował o tym przypadek. Jedna z moich studentek na kursach rysunku i malarstwa, które prowadziłem była tatuatorką. Któregoś dnia wpadło mi do głowy, żeby poprosić ją o pokazanie mi tej „egzotycznej” dla mnie wtedy techniki i tak po kilku próbach zacząłem działać samodzielnie.

Jesteś absolwentem Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Czy wykształcenie artystyczne Ci pomaga w tatuaowaniu?

Myślę, że wykształcenie akademickie jest mi bardzo pomocne. Choć tatuaż jest rzemiosłem, którego musiałem się uczyć od podstaw i zasadniczo różni się od np. malarstwa i rysunku to wiele udaje mi się zaczerpnąć z wcześniejszych doświadczeń ze szkoły artystycznej. Co jest również ważne to wiedza w dziedzinie sztuki. Pozwala ona na szerokie spektrum inspiracji i dostarcza argumentacji tak bardzo potrzebnej przy kontakcie z klientem.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłeś igłę w czyjąś skórę?

Zaczynając naukę tatuażu trenowałem na tak zwanych sztucznych skórach, jednak nie oddają one w dużym procencie struktury ludzkiej skóry. Mój pierwszy tatuaż zrobiłem na sobie, klasycznie na udzie. O dziwo jeszcze się trzyma (śmiech). Stres był ogromny, jednak nie zapomnę do dzisiaj tego uderzenia adrenaliny i satysfakcji po skończeniu. Pomyślałem sobie jedno – „chcę więcej”. No i tak to się zaczęło.

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

Tatuowanie to dla mnie przede wszystkim warsztat. Wierzę, że mogę się nazwać rzemieślnikiem w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Artyzm występuje na etapie kreacji projektu, konceptu, potem jest tylko czysty warsztat. Bez tego nie ma tatuowania.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Hmm, myślę, że ból pleców (śmiech). To ważne, żeby wykonując ten zawód o siebie dbać, wzmacniać mięśnie pleców, aby potem nie mieć większych problemów.

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Oczywiście, że pamiętam moją pierwszą maszynkę. Przyszła ona do mnie w paczce ze Stanów, w zestawie „małego tatuatora”, czyli podstawowego wyposażenia do tatuowania. Pamiętam, że dałem za taki zestaw 200 zł. Maszynka ważyła tonę, była toporna, ale mocna.

Cewka czy rotarka?

To odwieczny konflikt tatuatorski, cewka czy rotarka. Moje zdanie na ten temat po latach jest następujące, do linii najlepsza jest cewka, do reszty działań: cieniowania, wypełniania i koloru poleciłbym rotarkę.

Czym teraz dziarasz?

Obecnie używam Cheyenne Pen. Ponieważ nie wykonuję prac konturowych do moich potrzeb jest to maszynka idealna. Lekka, mocna, wygodna. System kartridży sprawdza się znakomicie, na co dzień.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania? 

Po wielu próbach doszedłem w końcu do stylu, w którym czuję się najlepiej. Ciężko określić go jednoznacznie, jednak przeważa w nim dynamiczna abstrakcja lub jej elementy łączone z motywami graficznymi. Czerń jak najbardziej, im więcej tym lepiej, ale także i siła koloru. Przede wszystkim dobry kontrast, w którym kolory mogą ładnie zaświecić.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Tak, podejmuję się coverów bez problemów. Dziaranie na bliznach też nie stanowi dla mnie trudności. Oczywiście trzeba mieć w tej materii wyczucie, co można a czego nie należy robić. Wiele z moich prac to covery, ale zrobione tak, że nie sposób powiedzieć, że coś tam kiedyś się znajdowało.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Wykonuję głownie autorskie projekty, choć czasem, jako inspirację wykorzystuję prace graficzne, malarskie czy rysunkowe innych twórców. Wtedy staram się je przełożyć na swój język i język tatuażu.

Są motywy, których masz dość lub, których nie robisz?

Mam to szczęście, że klienci, którzy się do mnie umawiają znają mój styl, wiedzą, co się po mnie spodziewać, więc nie mam zapytań o motywy, których nie wykonuję lub których nie lubię wykonywać. Jeśli takie pytanie pada, zawsze staram się polecić osobę, która tym się zajmuje i czuje się mocna w danym temacie.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Wykonując projekt pod tatuaż posługuję się własnoręcznie przygotowanymi planszami, które skanuję i obrabiam w Photoshopie. Często też korzystam z freehand’u lub jego elementów przy odbitce.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Tak jak wspomniałem wcześniej tatuaż dla mnie to przede wszystkim warsztat. Obrabianie, składanie, używanie zdjęć to część tego warsztatu. Jeśli jakiś sposób pozwoli nam zrobić lepszy tatuaż używajmy go.

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumny?

Myślę, że mój flagowy projekt to „Aleatorium”. Jest to tatuaż jak i dokumentacja procesu powstawania. Ideą tego projektu było wykorzystanie czystego przypadku i połączenie action painting z tatuażem. Wzór powstał bezpośrednio na ciele za pomocą czarnego tuszu, który przypadkowo kapiąc, chlapiąc i spływając stworzył abstrakcyjny wzór rodem z obrazów Pollocka. Następnie utrwaliłem go za pomocą techniki tatuatorskiej.

Czyżby to był najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłeś? Choć czy w sztuce może być coś dziwnego?

Dokładnie (śmiech).

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Myślę, że najbardziej mnie dziwią i podziwiam osoby, które w trakcie tatuowania zasypiają. Sam mając sporo tatuaży chciałbym posiąść taką zdolność (śmiech).

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Największy problem jest z osobami, które przychodzą ze zdjęciem gotowego tatuażu i chcą wykonać kopię. Dziwią się jak mówię im, że to niemożliwe. Zawsze proponuję swoją alternatywę dla takiego wzoru a jeśli dalej ktoś się upiera przy swoim po prostu grzecznie odmawiam.

„Janusze tatuażu” to?

Często ludzie zaczynają tatuować nie mając żadnych podstaw rysunkowych, kompozycyjnych itd. Wtedy łatwo o tak zwane „janusze”, które chcąc nie chcąc pojawiają się na rynku. Często kuszą niską ceną, krótkimi terminami… Na szczęście coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że za dobry tatuaż trzeba trochę zapłacić a także swoje odczekać „w kolejce”.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Dla mnie najważniejsze jest, żeby zdjęcie oddawało jak najlepiej wykonany tatuaż. Ważne jest też, żeby wrzucać od czasu do czasu po portfolio zdjęcie zagojonych prac, żeby pokazać jak taki tatuaż naprawdę wygląda. Wtedy ludzie mogą sobie te zdjęcia porównać i uniknąć ewentualnego rozczarowania.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Moją wielką inspiracją na początku tatuowania była Amanda Wachob i jej „malowane” tatuaże. Teraz często inspiracją jest przypadek i chaos, który przy odpowiedniej kontroli można wykorzystać przy powstawaniu projektu. 

Jak się czujesz z tym, że dla młodych tatuażystów możesz być artystą – mentorem – wzorem do naśladowania?

Jest to niewątpliwie miłe, ale jednocześnie dość onieśmielające. Sam widzę wiele swoich wad i rzeczy wymagającej ciągłej pracy. Wielu młodych nieznanych tatuatorów już przewyższa talentem „starych wyjadaczy” i tylko można czekać i podziwiać, co zrobią w przyszłości. Rynek polski niezwykle się otworzył, mamy całe grono świeżych twórców z wielkim potencjałem. Obserwowanie tych zmian jest niezwykle ekscytujące (śmiech).