Świętochłowice: Marcin Gadziński z Bloodline Tattoo 2 miesiące ago

Zdecydowanie najlepiej czuję się w realizmie. Jednakowo lubię robić portrety jak i zwierzęta czy też kosmos. Każda możliwość zrobienia czegoś fotograficznego o ile referencje na to pozwalają sprawia mi przyjemność. Bez znaczenia kolor czy szarości. Tribalom mówimy NIE.

Skąd wziął się pomysł, że zostaniesz tatuażystą?

Na szkolnych koloniach rysowałem po kolegach gelpenami. Później robiłem tribale z henny kumplom przed dyskotekami (śmiech). To oni mnie namawiali do tatuowania. Przy okazji robienia sobie kolejnego tatuażu, postanowiłem podpytać w świętej pamięci studiu tatuażu „Mystic” w Chorzowie prowadzonego przez Grzesia, czy mogę do nich przychodzić uczyć się i tak zostało.

Jak długo dziarasz?

W tym roku mija 20 lat jak postanowiłem spróbować maszynki i igieł.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłeś igłę w czyjąś skórę?

Pamiętam bardzo dobrze. Dzień wcześniej ćwiczyłem na grapefruicie, który jest ze mną do dzisiaj. O dziwo nie zgnił tylko zaschnął (śmiech). Na następny dzień już dziarałem swojego kumpla. Oczywiście tribal, który zakryłem z trzy lata temu. Stresik był szczególnie, że Grzesiu był z trzy razy większy ode mnie a to była pierwsza dziarka i jego i moja (śmiech).

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

Jak zaczynałem nie myślałem o tym, że to będzie mój zawód. Raczej ciekawość i moja ucieczka od rzeczywistości. Pasja i możliwość nauki kolejnego medium. Po jakimś czasie coraz bardziej zacząłem o tym myśleć jak o przyszłej pracy. To było coś, co sprawiało, że nie czułem pędu i wyścigu szczurów. Byłem szczęśliwy, że uczę się czegoś nowego tylko dla siebie. Chociaż dopiero po 10 latach po namowach mojej żony odważyłem się otworzyć własne studio. Dzięki temu poznałem wielu fantastycznych artystów, dzięki którym podniosłem swoje umiejętności.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Największą wadą tego zawodu to chyba jest jego skomercjalizowanie na tak dużą skalę, jaką aktualnie oglądamy. Z niszowego zjawiska, który był czasem wręcz tematem tabu, zrobiono maszynę biznesową. Od pewnego czasu niestety zauważyłem, że coś, co było swobodą oraz sposobem na indywidualne zdobienie ciała tylko dla samego siebie, wygląda aktualnie jak duża korporacja, w której większość zaczyna się prześcigać w ilości zdobytych nagród, ilości sponsorów oraz ilości lajków na FB czy Instagramie. O bólu głowy i pleców nie wspomnę (śmiech).

Jesteś właścicielem studia. Ciężko jest prowadzić własny biznes?

Tak Blood Line to moje dziecko, choć w tym momencie tworzymy je w 5 osób, bez których nie wyglądałoby ono tak jak w obecnym stanie. Prowadzenie studia to nie łatwy kawałek chleba, choć może to wyglądać z zewnątrz inaczej. Kontakt z ludźmi to chyba najtrudniejsza część tej pracy. Klienci jak i współtowarzysze broni nie zawszą są łatwym materiałem do obsługi, ale bez nich ani rusz (śmiech). A i tak uważam to za jeden z najlepszych zawodów świata.

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Moja pierwsza maszynka to cewka. Podróba Poula Rogersa, którą można było kupić tylko w studiu w Gdańsku (bodajże) i trzeba było mieć studio żeby się o nią starać. Zdobyłem ją dzięki jednemu znajomemu już nie pamiętam imienia, ale posiadał studio i mi ją załatwił (śmiech).

Cewka czy rotarka?

Aktualnie rotarka. Przesiadłem się z cewek już z 9 lat temu. Wygoda, kompaktowość, waga to ich największe atuty.

Czym teraz dziarasz?

Aktualnie FK Irons Xion. Bardzo wygodna i elastyczna maszyna.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?

Zdecydowanie najlepiej czuję się w realizmie. Jednakowo lubię robić portrety jak i zwierzęta czy też kosmos. Każda możliwość zrobienia czegoś fotograficznego o ile referencje na to pozwalają sprawia mi przyjemność. Bez znaczenia kolor czy szarości. Tribalom mówimy NIE (śmiech).

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Jeśli mam pomysł a klient nie stawia zbytnio granic, czym mogę zasłonić coś starego to czemu nie. Dobrze zrobiony cover daje sporo frajdy.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

To jest moja pięta achillesowa. Robię ich naprawdę niewiele. Ugrzęzłem w pomysłach klientów i trochę trudno aktualnie jest mi się z tego wygrzebać. Lenistwo w tym nie pomaga (śmiech). Jeśli już coś uda mi się wyżłobić to bardzo dużą moją inspiracją są obrazy Istvana Sandorfiego.

Są motywy, których masz dość lub, których nie robisz?

Zegary, które chyba już przebiły nawet nieśmiertelne delfinki (śmiech).

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Raczej Photoshop czasem tablet.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Sztuką jest wymyślenie konkretnego wzoru. Przeniesienie tego na skórę, to jest sztuka szczególnie w oczach naszych klientów (śmiech).

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumny?

Chyba rękaw z obrazów Sandorfiego.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłeś? Choć czy w sztuce może być coś dziwnego?

Dziwny może nie, ale taki, który mi zapadł naprawdę w pamięci to 10 „smajli” (uśmiechów) na palcach u stóp. Mieliśmy z Romkiem z tego niezłą bekę. Zanim to tylko narysowałem na paluchach to klika razy płakaliśmy ze śmiechu. Oczywiście niewiele zostało z tego tatuażu, ale w pamięci zostało. Zabrać nam to może tylko wujek Alzhaimer (śmiech).

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

W tym zawodzie to chyba nie ma nic dziwnego. Omdlenia, pawie, dziwne pytani, wszystko wpisane w tą robotę (śmiech).

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Najbardziej to drażni jak ktoś mi po rozmowie o wzorze mówi „…bo wiesz to jest na całe życie”, co najmniej jakby dentyście chciał powiedzieć, „…bo wiesz jak wyrwiesz mi tego zęba to go nie będę mieć”. Zaś drugi rodzaj ludzi to jak już widzi wzór i dzwoni do żony, babci i ciotki czy aby na bank jest ok. No i przeświadczenie ludzi, że płacą za czas od wbicia igły do założenia opatrunku. Zapominając, że w domu poświęcamy im czas rysując projektując czy choćby tylko składając go z fotek. Tak to jest moje top trzy (śmiech).

„Janusze tatuażu” to?

Janusze to chyba dobry sposób na poprawienie sobie humoru, że są ludzie z takimi pomysłami, a że wykonanie często kuleje…no cóż nie wszyscy zostali do tego stworzeni. Bardzie fascynuje mnie to, że ludzie wracają do takich „tatuatorów”.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Nie widzę problemu w tym, że ktoś robi fotografię czy tez filmik za pomocą filtra polaryzacyjnego. W końcu wymyślił ten sposób bardzo dobry tatuator, który na dobrą sprawę nie musiał zastosowywać już takiego wyjścia. Ale grzebanie w takiej fotografii na maksa jeszcze Photoshopem to już lekka przesada. Logiczne jest, że każdy może to zobaczyć, skoro ludzie się i tak spotykają na konwencjach, startują w różnych konkursach. Ale każdy jest dorosły i zrobi po swojemu.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Oprócz mojego dziadka, dzięki któremu wziąłem się za rysowanie oraz malarstwo, najbardziej odpowiedzialną osobą za to gdzie jestem teraz jest Tomasz „Tofi” Torfiński. Móc korzystać z wiedzy takiego autorytetu artystycznego i biznesowego, możliwość oglądania jego metamorfoz plastycznych daje lepszego kopa niż niejeden drug. Oczywiście chłopaki ze studia oraz jeszcze kilku świetnych tatuatorów, których mogę nazwać przyjaciółmi (śmiech).