Toruń: Martyna „Tyna” Majczuk ze studia Bodyfikacje 2 miesiące ago

Lubię spontany, life act, freehand. Zdecydowanie moją mocną stroną jest kompozycja. Moim zdaniem jest to bardzo ważne, aby wzór pracował razem z ciałem. Lubię formy abstrakcyjne, uważam, że są bardzo plastyczne dopasowują się do ciała, podążają za krzywizną. Jaram się tym na maksa! Chciałabym w tym kierunku się rozwijać. Jest to coś, co kompletnie wychodzi ze mnie, jest osobiste. Powtarzające się kolory i formy same wychodzą mi z głowy. Jeżeli o mnie chodzi to czerń z dodatkiem koloru, ale słucham klienta, jak czarny – to czarny, nie przekonuje na siłę- nigdy! I tak klienci bardzo dużo mi powierzają, rozumiemy się, jestem za to bardzo wdzięczna. Nie przepadam za zamkniętymi, ograniczonymi kompozycjami, wrzutami. Nie lubię takich robić. Za to mam na sobie kilka zamkniętych „Wrzut” uwielbiam je u siebie na ciele, ale nie lubię takich tatuaży wykonywać.

Skąd pomysł, że zostaniesz tatuażystką?

Zawsze interesowałam się sztuką. Na ostatnim roku studiów, kiedy pisałam pracę magisterską wpadłam na pomysł rozpoczęcia nauki tatuowania. Chciałam podjąć kolejne wyzwanie. Wtedy to nie było zbyt popularne. Pamiętam, że mój promotor był załamany, ze wybrałam tą drogę zamiast doktoratu.

Jesteś absolwentką Wydziału Sztuk Piękny. Czy wykształcenie „artystyczne” Ci pomaga w tatuaowaniu?

Kończąc kierunek historia sztuki i zabytkoznawstwo dzieł sztuki dostałam wielką bazę teoretyczną. Moje zainteresowania oscylowały wtedy pomiędzy body artem a sztuką naiwną. Potem zajęłam się Performansem. Następnie tatuowaniem, co wciągnęło mnie na całego i tak zostało moim życiu.

Jak długo dziarasz?

Prowadzę Studio Bodyfikacje od sześciu lat, albo od siedmiu a zaczęłam tatuować dziewięć lat temu. Już sama nie wiem (śmiech).

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

Tatuowanie od pewnego czasu z pewnością jest już moim życiem i życiem mojej rodziny. Wiele wyjazdów realizowanych zaproszeń jest przy okazji wakacji.  Ludzie, którzy przewijają się przez studio i dom to w większości tatuażyści i piercerzy. To już styl życia. Mój mąż także prowadzi studio. Jasiek, mój 7 letni syn traktuje to już, jako normę, nie zna mnie innej. Ostatnio zaczął sprzedawać swoje flashe, które ja tatuuję (śmiech).

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Wadą jest z pewnością pozycja wymuszona ciała podczas pracy, co może powodować szereg nieprzyjemnych kontuzji. Trzeba znaleźć czas, aby zadbać o właściwy rozwój fizyczny, o inny rodzaj ruchu niż tylko ten w pracy. Wielka odpowiedzialność i z czasem presja różnego rodzaju, też bym to określiła, jako wadę. Poza tym, uwielbiam ten zawód.

Jesteś właścicielką studia. Ciężko jest prowadzić własny biznes?

Na to pytanie odpowiadałam już nie raz i moja odpowiedz różni się w zależności od momentu, w którym się znajduje. Aktualnie zrobiłam remont generalny. Chce dążyć do modelu współpracy z artystami na zasadach wynajmowania miejsca w pracowni. Jestem na etapie rozmów, spotkań, pracy codziennej, wyjazdów. Pomaga mi menadżerka studia. Za dwa miesiące ruszamy z międzynarodową konwencją Tattoo Splash w Toruniu (ja z Kisielem- Tattookolektyw), jako współorganizatorzy z Krzysztofem Sawickim. Zrezygnowałam już z piercingu. Rozpoczęłam jeszcze naukę malarstwa Sumi-e. W styczniu wyjeżdżam do Indii na Goa Tattoo Festival. Aktualnie jest taki moment, że jest ciężko.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłaś igłę w czyjąś skórę?

Ćwiczyłam na tacie, na mamie na przyjaciołach, na narzeczonym, który później zmienił się w męża. Jego tatuaż wciąż wygląda fajnie, rodziców niektóre trochę gorzej. Zaczynałam w nieistniejącym już studio w Bydgoszczy, tam spotkałam życzliwych ludzi, którzy pomogli mi zacząć. To był dla mnie ogromny stres, potem stopniowo odpuszczał, ale to musiało potrwać.

Cewka czy rotarka?

Aktualnie hybryda.

Czym teraz dziarasz?

Ostatnio zaprzyjaźniłam się z maszyną Swing Liner od Dan Kubin’a.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?

Lubię spontany, life act, freehand. Zdecydowanie moją mocną stroną jest kompozycja. Moim zdaniem jest to bardzo ważne, aby wzór pracował razem z ciałem. Pamiętam, ze jak zaczynałam wszyscy mówili mi i do teraz wielu tatuażystów tkwi w przeświadczeniu, ze tatuaż najlepiej robić na częściach, które nie ulegają zmianom przy ruchu, nie rozciągają się i nie zaginają. Ja uwielbiam, kiedy coś pracuje, kiedy tatuaż wije się po ciele, gdzieś zanika i zniekształca. Lubię formy abstrakcyjne, uważam, że są bardzo plastyczne dopasowują się do ciała, podążają za krzywizną. Jaram się tym na maksa! Chciałabym w tym kierunku się rozwijać. Jest to coś, co kompletnie wychodzi ze mnie, jest osobiste. Powtarzające się kolory i formy same wychodzą mi z głowy. Jeżeli o mnie chodzi to czerń z dodatkiem koloru, ale słucham klienta, jak czarny – to czarny, nie przekonuje na siłę- nigdy! I tak klienci bardzo dużo mi powierzają, rozumiemy się, jestem za to bardzo wdzięczna. Nie przepadam za zamkniętymi, ograniczonymi kompozycjami, wrzutami. Nie lubię takich robić. Za to mam na sobie kilka zamkniętych „Wrzut” uwielbiam je u siebie na ciele, ale nie lubię takich tatuaży wykonywać.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Robię tylko własne projekty. Czasami inspiruje się obrazami, formami już istniejącymi np. Jakiś czas temu zostałam poproszona o wykonanie abstrakcji na podstawie obrazu Jacksona Polocka. Często pracuje z człowiekiem na żywo. Ważne dla mnie jest to, że widzę ciało, jego krzywizny, mięśnie, tłuszcz, napięcie. Czasami potrafię odłączyć się od wszystkich bieżących spraw i zacząć myśleć nad koncepcją, nad całością. Bardzo mnie to zajmuje, wysysa ze mnie energię, daje wtedy z siebie wszystko, nie odbieram telefonów, nie odpowiadam zbyt logicznie na zadane mi z zewnątrz pytania i gadam do siebie.  Biorę pisak, nakreślam, kierunki, ruszam częścią ciała, nad która pracujemy, czasami nanoszę pędzlem kilka kolorów, głównie w palecie turkusów i fuksji plus czerń. I teraz jak odpowiadam na to pytanie dopiero zdaje sobie z tego sprawę. Wszystko, co robię jest naturalne i odbywa się w zgodzie ze mną. Żeby także było jasne – moja wewnętrzna zgoda musi równać się z jednoczesna zgodą klienta, nic na siłę. Ostatnio czerpię inspiracje ze świata, z podróży. Uczę się malarstwa Sumi-e. Być może uda mi się w tym roku w zimę wystawić swoją prace w Tokio.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Podejmuje się i tego i tego.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Rysunek, malunek jak już wspominałam bezpośrednio na ciele. Wyjaśniłam już wcześniej, dlaczego. Lub jeśli nanoszę kalkę a czasami to robię, bo wymaga tego sytuacja lub oczekiwania klienta, to rysunek na tablecie, lub rysunek odręczny zeskanowany, lub malunek wcześniej wykonany na kartce, płótnie lub papierze ryżowym, Później zeskanowany i przeniesiony na ciało, lub jeszcze przerobiony na tablecie. Zgodnie z wymaganiami sytuacji, warunków, oczekiwań, którym zawsze staram się sprostać. Dla mnie nawet, jeśli zrobię tatuaż nie do końca po swojemu, satysfakcja klienta jest bardzo ważna i jest częścią procesu tatuowania, który mogę wtedy powiedzieć, że się powiódł.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Tak. Myślę, że odpowiednie pocięcie istniejących już zdjęć, czy obrazów i ułożenie to w dobrą kompozycję to jest kawał dobrej roboty. Osobnym procesem jest umiejętność przeniesienia tego na skóre, co często jest nie lada wyzwaniem.

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Przesadne podrasowane, zmiana koloru skóry, zmiana kolorów, wygładzanie linii – nie. Zdjęcie czerwieni, fajne wykadrowanie, atrakcyjne tło – tak.

Pamiętasz pierwszy tatuaż, który zrobiłaś?

Punktem zwrotnym dla mnie było zrobienie tatuażu na jednym z Gdańskich konwentów. Około 4 lata temu. Abstrakcja, freehand, pędzel i marker do ciała. Do dziś wygląda fajnie. Był to mój punkt zwrotny. Krótko, po którym miałam roczną kontuzje. Na szczęście wróciłam. To był zdecydowanie punkt zwrotny w mojej twórczości. Jestem z niego dumna i bardzo dziękuje z zaufanie Andrzejowi. Po przerwie kolejnym punktem, kiedy znów zaczęłam w siebie wierzyć był tatuaż na nodze Artura. Tez freehand, ale w czerni. Potem powstało już lawinowo kilka kolejnych i potem już tylko więcej.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłaś?

Wszystkie są dziwne (śmiech).

Czy są motywy, których masz już dość lub nie robisz?

Wielu motywów przedstawiających nie robię. Nie robię przeładowanych tematycznie kompozycji historii opowiadanych dosłownie. Wolę opowiadać poprzez przez linię, plamę – jej dynamikę kolor. Wszystko się da w ten sposób opowiedzieć.

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Hmm nie wiem (śmiech).

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Czasami nie rozumieją czasu oczekiwania na tatuaż lub odbierają nie odpisywanie na maila, jako ignorowanie ich, co oczywiście nie jest prawdą. Ja zatrzymuje zapisy, nie zapisuje na więcej niż pół roku do przodu, czasami spotyka się to z niezrozumieniem. Zdarzyło mi się ze klient zadzwonił o 6 rano w niedzielę, chcąc umówić się na tatuaż od zaraz. To są moje momenty zwątpienia (śmiech).

„Janusze tatuażu” to?

Są tacy, którzy dziarają kilka lat i nie osiągnęli żadnego poziomu. Chodzi tez o pewien model podejścia do higieny, zagadnienia kopiowania wzorów itp.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Na pewno wielu artystów miało wpływ na moje patrzenie na świat, na sztukę. Uwielbiam abstrakcjonistów, także początki sztuki nowoczesnej na świecie i w Polsce. Początki abstrakcji, Szkołę Nowojorską.  Odwiedzam liczne galerie sztuki, od zawsze, kiedy pamiętam. To musi mieć na mnie wpływ. Uwielbiam sztukę koncepcyjną, Land Art, performance, kicz. Uwielbiam muzykę za równo poważną jak i minimal techno i trans. Z artystów tatuażu mam wielu kolegów, którzy mnie fascynują, lubię wrzutki, które robi Kim Sany, uwielbiam freehand, który robi Mare Black, podziwiam technikę Timura Lysenko i wielu innych! Nie wiem, kto ma na mnie wpływ, oprócz mnie samej ktoś na pewno!