Wrocław: Magda Rudnicka z Boruta Tattoo & Art Collective 3 tygodnie ago

Trudno mnie zaszufladkować. W moich pracach przewijają się elementy zaczerpnięte z newschoolu i stylu neotradycyjnego, połączone są często z akwarelą. Brzmi to może dziwnie, może bardzo szeroko, ale wystarczy spojrzeć na moje prace, by ogarnąć, że to jednak możliwe i może razem grać (mam nadzieję!). Długo uczyłam się różnych technik i efektów. Najpierw szkoliłam się bardziej pod czarno-szary realizm, potem odkryłam, że inne style też mają coś w sobie. Metodą prób i błędów, jak również głównie dzięki podglądaniu lepszych ode mnie, doskonaliłam warsztat i odkrywałam, co lubię robić, a czego nie. Ten proces dalej trwa i raczej szybko się nie zakończy. W tej pracy uczymy się cały czas.

Skąd pomysł, że zostaniesz tatuażystką?

Mam nadzieję, że to nie jest kiepski pomysł, aby przy pierwszym pytaniu rzucać takim banałem… Ale jako małolata odkryłam różne nowe zagraniczne kanały telewizyjne, a tam Miami Ink! Kat von D, teraz już turbo-celebrytka, a wtedy początkująca dopiero gwiazda, była jedyną kobietą w studiu, a mimo tego jej prace były dla mnie o wiele piękniejsze od wszystkich tych wykonywanych w programie przez facetów. Oniemiałam! Baby tak mogą? (śmiech) Zawsze mnie do sztuki i rysowania ciągnęło. Był to też pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z tatuażami na wysokim poziomie artystycznym. W małym miasteczku, z jakiego pochodzę, nie było nigdy, czego podziwiać. Podświadomie już wtedy chyba chciałam „być taką Kat”, ale wydawało się to tak odległe i nieosiągalne, że minęło jeszcze dużo czasu, zanim faktycznie zdecydowałam, że taka jest moja wizja siebie i ścieżka zawodowej kariery, jaką chcę podążać.

Jak długo dziarasz?

4 lata.

Tatuowanie to dla Ciebie praca czy styl życia?

Świetnie jest móc powiedzieć, że praca to moja pasja. Mogę, więc chyba śmiało stwierdzić, że jest zarówno jednym, jak i drugim. Tatuowanie nie jest jedyną rzeczą, jaką robię w życiu. Lubię mieć inne zajęcia, w które mogę uciec – to dobre na tzw. „zmęczenie materiału”. Dzięki temu spędzanie większości czasu nad projektowaniem i doskonaleniem warsztatu ciągle sprawia ogromną frajdę.

Jakie są największe wady tego „zawodu”?

Nie będę oryginalna, ale tak jak większości, najbardziej doskwiera mi ból pleców i niesłowni albo niemili klienci.

Pamiętasz swój pierwszy raz, gdy wbiłaś igłę w czyjąś skórę?

Pamiętam! I to nie była czyjaś skóra, tylko moja własna… O dziwo wyszło całkiem do rzeczy, choć dalej nie zebrałam się w sobie, aby poprawić to, co spartoliłam (śmiech).

Pamiętasz swoją pierwszą maszynkę?

Moją pierwszą maszynką była cewka made in China, którą dostałam od kolegi ze studia, do ćwiczeń.  Leży w szafce, zachowałam ją na pamiątkę…

Cewka czy rotarka?

Rotarka. Lepiej się z nimi dogaduję.

Czym teraz dziarasz?

Nie mogę się odczepić od mojej Cheyenne Spirit. Służy mi tak dobrze i tak długo, że już niemal przyrosła do ręki.

Czy preferujesz jakiś styl tatuowania?

Obecnie dominuje u mnie wyrazisty kontur i kolor, choć styl nazwałabym mocno eklektycznym. Jeśli trafia się klient, któremu jednak w duszy nie gra na kolorowo, to chętnie wykonam takiej osobie pracę czarno-szarą. Kolor to dla mnie ciągle trochę nowość, którą rozwijam. To w greywashu mam najwięcej praktyki. Nigdy nie byłam fanką szarości, silverów.

Czy możesz powiedzieć o sobie, że masz własny styl dziarania?

Trudno mnie zaszufladkować. W moich pracach przewijają się elementy zaczerpnięte z newschoolu i stylu neotradycyjnego, połączone są często z akwarelą. Brzmi to może dziwnie, może bardzo szeroko, ale wystarczy spojrzeć na moje prace, by ogarnąć, że to jednak możliwe i może razem grać (mam nadzieję!). Długo uczyłam się różnych technik i efektów. Najpierw szkoliłam się bardziej pod czarno-szary realizm, potem odkryłam, że inne style też mają coś w sobie. Metodą prób i błędów, jak również głównie dzięki podglądaniu lepszych ode mnie, doskonaliłam warsztat i odkrywałam, co lubię robić, a czego nie. Ten proces dalej trwa i raczej szybko się nie zakończy. W tej pracy uczymy się cały czas.

Czy robisz własne projekty i skąd czerpiesz inspirację?

Dziaram tylko prace wg. własnych projektów. Bardzo często przychodzą do naszego studia ludzie, którzy pokazują obrazki z Internetu. Zawsze w takiej sytuacji mówię, że mogę dany obrazek wykorzystać, jako inspirację do stworzenia własnej, autorskiej kompozycji. Wilk syty i owca cała – ja mam dziarę, którą mogę się pochwalić, a klient motywy, na jakich mu zależało w wersji, jakiej nikt inny na skórze gdzieś na świecie nie nosi. Najlepsze prace powstają wtedy, gdy klienci obdarzają mnie zaufaniem na tyle, by dać wolną rękę w projektowaniu.

Podejmujesz się coverów lub dziarania na bliznach? Nie jest prosta sztuka…

Zadanie jest trudne, ale dające mi zdecydowanie najwięcej satysfakcji. Sama mam skórne niedoskonałości i wiem, w jak wielką deprechę może wprowadzać defekt wyglądu. Znam ten ból, sama też mam, co nieco zamaskowane dziarami. Często mała blizna albo niechciany babol, prawie dla innych niezauważalne, w naszej psychice urastają do rangi życiowego problemu numer jeden. Inni mają spore kiepskie tatuaże lub rozległe blizny i ze swego rodzaju zrezygnowaniem pytają, czy cokolwiek da się zrobić. W każdym przypadku, uśmiechy tych osób i ich wdzięczność są bezcenne… gdy widzą w lustrze, że ręka czy noga jednak nie pójdzie do amputacji – ba! – że mimo pozornie beznadziejnej sytuacji, finalny efekt prawie nie wygląda jak cover… to dla mnie ulubione momenty w studiu.

Rysunek własnoręczny czy program graficzny/tablet graficzny?

Ołówkiem lubię szkicować pomysły. Jestem tradycjonalistką, wyciągam notes i przelewam na papier szybcikiem to, co mi wpadło na myśl. Elementy akwarelowe też maluję sama. Wykonanie projektu to już praca graficzna – ogromy komfort i oszczędność czasu. Nietrafioną kreskę można jednym przyciskiem po prostu cofnąć, nie trzeba wyrzucać kartki.

Czy składanie zdjęć w programie graficznym to sztuka? Czy sztuką jest przeniesienie tego na skórę?

Z wykształcenia jestem historykiem sztuki i moje studia nauczyły mnie, że sztuką jest wszystko, co artysta zechce nią nazwać (śmiech). Nie ważne czy będzie to malowany kilka miesięcy obraz olejny, czy obrócony do góry dnem pisuar. Klasyczni malarze, wielcy artyści wszystkich epok również składali swoje kompozycje z różnych referencji, od XIX wieku były to też i fotografie. Niczym, zatem od sztuk pięknych nie odstają projekty posklejane w programie, a potem przeniesione 1:1 na skórę. Dobrze posklejać obrazki też trzeba umieć!

A co sądzisz o „podrasowywaniu” zdjęć wykonanych tatuaży?

Rozgraniczyć tu trzeba dwie sytuacje. Pierwszą jest to, czego absolutnie nie pochwalam: robienie w programie graficznym arcydzieła z kiepskiej dziary. Ludzie się nabierają, ale tatuatorzy od razu widzą, że zdjęcia w danym portfolio są mocno zmanipulowane – a już całkiem wstyd, kiedy potem te same prace widzimy na żywo np. na konwencjach. Reputacja spalona (śmiech). Szkoda mi klientów, którzy nieświadomie idą do takich w ciemno, a potem trzeba ratować ich spartaczoną robotę… Druga rzecz – coś, co fachowo nazywa się postprodukcją. Czyli robienie z surowego pliku, jaki otrzymujemy robiąc zdjęcie, obrazu możliwie najlepiej oddającego rzeczywistość. Nasze studia nie są perfekcyjne, np. u nas nie ma profesjonalnego kącika fotograficznego. Często podciągając kontrast, manipulując delikatnie światłem, ściągając nasycenie, gdy skóra klienta jest mocno zaczerwieniona, można wydobyć ze zdjęcia prawdziwy, nieprzekłamany nie do końca idealnymi warunkami, w jakich cyknęliśmy fotkę.

Pamiętasz pierwszy tatuaż, który zrobiłaś?

Opowiadałam już o nim wcześniej, to ten mój własny, pierwszy w karierze (śmiech). Jest na moim udzie, to cytat z ulubionej piosenki i ilustracja do niego. Zakupiłam już chyba wtedy lepszą maszynkę, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie jest źle jak na pierwszy raz, ale powinnam go poprawić i dokończyć…

Tatuaż, z którego jesteś najbardziej dumna?

Nie umiem stwierdzić, z którego jestem dumna najbardziej. Jestem zadowolona zawsze wtedy, gdy klient wychodzi ze studia zmęczony, ale zachwycony. I gdy wraca umówić się na następną dziarę ode mnie. Wracający klient to najlepszy klient.

Najdziwniejszy tatuaż, który zrobiłaś?

Nie zrobiłam… Staram się dziwactw nie robić. Raz przyszedł pan wyglądający jak jakiś uniwersytecki profesor – koszula, płaszcz, teczuszka na papiery, buty na błysk…i powiedział, że chce portret Golluma z „Władcy Pierścieni”. Odparłam, że super, zapytałam gdzie na ciele miałby być… Pan powiedział, że Gollum ma być taki straszny, jakby rozrywał skórę, wyłaził z niej… i że ma być na pośladku, by inni panowie się go bali jak pójdzie na saunę… i był bardzo poważny w tym, co mówił. Zrezygnował, gdy dowiedział się, że on miesiąc na tą saunę nie będzie mógł pójść, bo tatuaż się będzie goił. Całe szczęście, bo musiałabym mu dosadniej odmówić…

Są motywy, których masz już dość lub nie robisz?

Nie podejmuję się wykonania dziar, do których już samo wykonanie projektu byłoby denerwujące albo, których tematyka jest mi zbyt odległa. Nie robię tatuaży na palcach, bo jakoś nie mam do tego drygu. Znaczka nieskończoności i czarnego ptactwa też nikt ode mnie nie dostanie.

Najdziwniejsza rzecz, jaka Ci się przytrafiła w trakcie tatuowania?

Omdlenia i różnorodne wokalizowanie swoich przeżyć podczas sesji to raczej standard. Z ciekawszych historii…. Klientce o wybitnie wysokiej odporności na ból robiłam tatuaż w takim miejscu, że musiała leżeć na kozetce. Zasnęła. Wyrwała mi rękę dosłownie spod igły, obróciła się na drugi bok i ułożyła do snu. Gdy ją zbudziłam, by nie leżała na dziarze i w ogóle dała mi pracować… nie mogła przez chwilę zaskoczyć, że jest w studiu.

Czy jakieś szczególne zachowania u Klientów Cię irytują?

Brak kontaktu przed umówioną sesją i nie przyjście na nią. Mimo mojego miliona pytań, nie mówienie wszystkiego na temat swojego pomysłu na tatuaż. Pokazywanie na inspiracjach róż, a potem zdziwienie, że ja magicznie na to sama nie wpadłam, że w projekcie mają być fiołki zamiast tych róż. Pytania typu „a czemu tak drogo?”, „ej mała, a to tak będzie bolało?”, „a ja nie mogę na 11:00, mogę przyjść o 18:00?”… czyli takie klasyki, które irytują bez wyjątku wszystkich.

„Janusze tatuażu” to?

Janusze to delikwenci, którzy talentu mają za grosz, nic nie umieją i nie chcą się nauczyć, bo chcą po prostu zarobić. I na dodatek nie obchodzi ich przy tym, że kogoś oszpecą. Zero pracy nad sobą, nad swoim warsztatem, zero przygotowania pod kątem bezpieczeństwa i sterylności pracy. Najgorzej, że tacy zaczynają otwierać swoje studia i po prostu zapychają rynek. Wrocław jest przez to bardzo trudnym miastem do pracy, bo tatuatorów, studiów i „studiów” wyrosło ostatnio jak grzybów po deszczu. Są wśród tych najmłodszych stażem i świetnie zapowiadający się artyści. Staż w pracy nie ma tu nic do rzeczy, bo znam januszy, którzy mają 15 lat doświadczenia i dalej nie dociera do nich, że z powodu ich zawrotnej kariery wszyscy okoliczni tatuatorzy mają ciągle nowe covery do zrobienia.

Czy jest jakiś artysta, który ma lub miał wpływ na Twój styl?

Jest paru artystów różnych dziedzin sztuki, których uważam za absolutnych geniuszy. Paru z nich miało na mnie bezpośredni wpływ i może nie tyle na sam styl, co na postrzeganie formy, kompozycji, barw. Tim Burton. Jacek Malczewski. Alfons Mucha i cała stylistyka malarstwa i rzemiosła secesyjnego. Nikko Hurtado. Isnard Barbosa. Santi Bord. Fede Almanzor. Chris Green. Charly Chou. I pewnie jeszcze wielu innych, bo na bank o kimś super ważnym zapomniałam i będę zła, że nie wymieniłam…(śmiech).